Wit i Aries lecieli bardzo długo trzymani w pazurach nieznanego im potwora. Młodzieniec widział lekki zarys Bestii z Zielonego Boru, która przez chwilę ich goniła, lecz nie była w stanie tak szybko się przemieszczać jak oni, toteż powoli znikała za horyzontem. Zbadał dłonią trzymającą go łapę. Jego palce natrafiły na niezwykle gorące łuski oraz długie i niezwykle gładkie pazury. Stwór zamachnął się skrzydłami, wzbudzając przy tym silny powiew powietrza, który omiótł twarze młodych podróżnych.
– Nazywam się Agravain, należę do grona wojowników Smoczego Zakonu znajdującego się w pobliskich górach. Towarzyszy mi Złoty Płomień. Kim jesteście i co się stało?
Wit i Aries unieśli głowy do góry próbując zobaczyć swojego rozmówcę, lecz czarna sylwetka gada łącząca siły z nieprzeniknioną ciemnością nocy uniemożliwiła im to.
– Ja jestem Wit, a mój przyjaciel to Aries – odezwał się drżącym głosem najstarszy.
Z początku niepewnie zaczął opowiadać ich niechcianą przygodę z Bestią. Wojownik co jakiś czas zachęcał go do kontynuowania lub niekiedy dopytywał się o niektóre szczegóły, co dodawało młodzieńcowi odwagi w mówieniu. Po dłuższej chwili zaczął odzywać się nawet Aries, co rzadko robił bez potrzeby ze względu na swoją nieśmiałość.
Gdy skończyli a po Bestii nie było ani śladu, Agravain przerwał chwilowe milczenie sugerując postój.
– Jeśli chodzi o to monstrum, to raczej nie powinno kontynuować pościgu. Nie da rady nas namierzyć, więc będziecie mogli w końcu się zregenerować – rzekł, podczas gdy Złoty Płomień zniżał lot.
Smok ostrożnie położył Wita i Ariesa na ziemi, po czym sam wylądował tuż obok, zachowując przy tym największą czujność, aby nikogo nie skrzywdzić. Następnie pochylił się, aby wojownik mógł z niego zsiąść. Znajdowali się na łące nieopodal lasu, toteż Agravain poszedł z towarzyszami na poszukiwanie chrustu na opał, podczas gdy gad przygotowywał miejsce pod ognisko poprzez zaoranie ziemi tak, aby żadna roślinność wokół się nie podpaliła. Gdy wszystko było gotowe, wojownik wziął najdłuższą gałąź, wyciągnął jak najwyżej a smok podpalił jej wierzchołek. Kiedy płomyki zaczęły tańczyć wesoło pośród gałązek ogniska, Agravain wyjął z worków jedzenie, jakie mu pozostało po ostatnim polowaniu ze Złotym Płomieniem i dał wszystko Witowi oraz Ariesowi, którzy z wielką wdzięcznością tudzież nieukrywaną rozkoszą rozpoczęli wieczerzę.
– Jak to się stało, że jesteście w Zakonie – spytał się z ciekawości oraz z grzeczności Wit pomiędzy dużymi kęsami.
– Złoty Płomień był tam od urodzenia. Jeśli zaś chodzi o mnie, to nowych członków starają się przyjmować w jak najmłodszym wieku, aby móc ich w pełni wykształcić zamiast skupić się na wykorzenieniu wpojonych przez otoczenie złych przekonań. Każdy tak naprawdę ma inną historię, ponieważ w Zakonie są ludzie z różnych miejsc z piramidy społecznej. W moim otoczeniu dominuje szlachta. Ja… – wojownik wyraźnie zakłopotał się, jakby zastanawiając się, czy mówienie tego w tej okoliczności byłoby na miejscu. Wit utkwił w nim srebrne oczy. Zachęcił go energicznym kiwnięciem głowy. – Ja akurat mam w sobie książęcą krew, ale rodzice władali niewielkim kawałkiem ziemi oraz miałem liczne rodzeństwo, toteż postanowili, iż aby uniknąć sporów, które byłyby niewiele warte wyślą nas w rozmaite miejsca, abyśmy mogli się rozwijać i mieć szansę na dobrą przyszłość. Mnie posłano do Zakonu… – rzekł, a jego wspomnienia wypełniły mu umysł, odsyłając do pamiętnego dnia
***
Była to burzowa noc. Przestało padać, lecz ubrania chłopca, jego opiekuna oraz dwóch innych osób niosących ciężką skrzynię ociekały wodą. Starzec o krótkiej, pochłoniętej przez siwiznę brodzie rozglądał się po kamienistym górskim szlaku, jakby kogoś wypatrując. Młody Agravain odczuwał duże zmęczenie, tak jak każde siedmioletnie dziecko po długiej wędrówce. Nie skarżył się jednak, ponieważ intrygował go Zakon, a że rodzice wiązali z nim wielkie nadzieje oraz miał trafić do miejsca, w którym szkolono najlepszych wojowników, to próbował nie okazywać żadnej słabości.
Zagrzmiało w oddali. Agravain zaczął przestępować z jednej obolałej nogi na drugą. Grzegorz, bo tak miał na imię jego opiekun będący jednym z najwierniejszych sług jego rodziców, wciąż zdawał się czegoś szukać wzrokiem. Co jakiś czas patrzył, czy Agravain wciąż jest na swoim miejscu. Dwaj mężczyźni z hukiem położyli skrzynię na kamienie sapiąc przy tym głośno.
– Ostrożniej! – zwrócił się do nich surowo Grzegorz. – Nie wolno nam tego uszkodzić.
Jeden z ludzi zdyszany oparł się o półkę skalną i osunął, aby złapać oddech. Drugi usiadł na najbliższym głazie pochylając głowę. Ponownie nastało milczenie. Co jakiś czas wszystko rozświetlał oślepiający błysk, który zaraz potem niknął pozostawiając podróżnych w ciemności, ponieważ ich pochodnie pomimo wszelkich starań zostały ugaszone przez deszcz. Kolejny grzmot i cisza. Chłopiec zaczynał się niecierpliwić, lecz nie chciał tego po sobie poznać.
– Może usiądziesz sobie, Agravainie? – spytał się go po chwili ciepło Grzegorz. – To była długa i męcząca podróż.
– Nie, dziękuję. Nie jestem zmęczony.
Minęła jedna chwila a za nią następna. Gdy błysnęło Grzegorz posunął się nieco dalej. Kontynuował tam oczekiwanie, cały czas mając chłopca na oku.
Wtem na oblicze opiekuna zaczął padać ciepły blask ognia. Ten odsunął się nieco, aby dać przejść zakapturzonemu człowiekowi, który trzymał w ręku płonącą pochodnię. Przybyszowi również nie udało się zbiec przed deszczem, lecz Agravaina zastanawiało to, jak rozświetlający drogę ogień nie zgasł. Uznał, że nie zada pytania, na które odpowiedź mogła być oczywista.
Człowiek przyjrzał się podróżnym, po czym gestem poprosił, aby poszli za nim. Grzegorz wziął chłopca za rękę, czego ten się trochę wstydził. Dwóch pozostałych mężczyzn z trudem wstało i uniosło skrzynię, która zatrzeszczała. Członek Zakonu wprowadził ich na ukryte schody. Były one strome oraz prowadziły na tyle daleko, że za pomocą jedynie blasku pochodni nie dało się dostrzec ich końca. Agravain przez chwilę żałował, że nie skorzystał z rady Grzegorza, lecz zebrał resztki sił i starał się dotrzymywać tempa reszcie. Po pewnym czasie weszli do wnętrza góry lub do miejsca bardzo osłoniętego skałami, ponieważ błyski piorunów nie były widoczne. O ich istnieniu przypominały jedynie coraz głośniejsze grzmoty. Wszystko zdawało się dla chłopca wiecznością, aż w końcu zbliżyli się do końca schodów. Grzegorz przyspieszył kroku zmuszając swojego podopiecznego do uczynienia tego samego i natychmiast przesunął chłopca na bok, robiąc wraz z nieznanym miejsce dla dwóch sług, którzy z jeszcze głośniejszym hukiem rzucili skrzynię na podłogę. Częściowo się na niej pokładając legli na ziemię łapiąc ulotny oddech. Opiekun poprosił o chwilę odpoczynku, na co przewodnik przystał kiwnięciem głowy. Gdy słudzy odzyskali siły, wszyscy ruszyli w dalszą drogę.
Tym razem nie znajdowali się już w górach, lecz w budowli, która zdawała się tworzyć jedność ze skałą. Grzmoty ucichły, aczkolwiek ich miejsce zostało zajęte przez silne podmuchy wiatru. Chłopiec widział gdzieś w oddali chwiejące się światło licznych pochodni, lecz przez wszechwładną ciemność nie mógł oszacować, czy to są światła z drugiego skrzydła budynku czy oświetlenie jakiejś górskiej ścieżki.
Nieznajomy zaprowadził ich do dużego pomieszczenia. Podłogę zdobił szkarłatny dywan a ściany skrywały się pod regałami uginającymi się od grubych ksiąg. Na samym środku pokoju znajdowało się biurko z rozłożoną na samym środku mapą. Po jego drugiej stronie stał stary członek Zakonu, wyglądem przypominający uczonego. Kiwnięciem głowy poprosił towarzysza trzymającego pochodnię o wyjście. Skrzypnięcie zamykanych drzwi zostało zagłuszone przez donośne położenie skrzyni i sapanie podwładnych.
– Pan…
– Grzegorz, wysłaniec pary książęcej. Oto dowód – rzekł, po czym wyciągnął pierścień z herbem rodu Agravaina.
Uczony wziął go do ręki i począł uważnie studiować sygnet. Zaczął przesuwać palcem o pomarszczonej skórze po chropowatym pergaminie mapy. Gdy znalazł to, czego szukał, położył pierścień w punkcie dotykanym przez jego paznokieć. Zgrabnym ruchem wyciągnął jeden z grubych tomów. Przez dłuższy czas kartkował go. Po chwili począł przesuwać palcem po tekście, co chwila zerkając na mapę lub biorąc do ręki pierścień. Wtem zamknął książkę, odłożył ją na półkę oraz oddał pierścień.
– Wszystko się zgadza – rzekł. – Przed wpuszczeniem Agravaina muszę jeszcze przeliczyć resztę sumy.
– Tak, rozumiem. Tu mamy pokrycie kosztów.
Grzegorz gestem poprosił, aby przynieśli skrzynię bliżej. Pierwszy raz udało się sługom postawić ją cicho. Opiekun wręczył klucz uczonemu, który niespiesznie otworzył ją. Była ona wypełniona po brzegi złotem oraz kilkoma połyskującymi urokliwie kamieniami szlachetnymi. Uczony począł przeliczać skarby, a chłopiec coraz gorzej radzący sobie ze zmęczeniem i nudą rozglądał się po pokoju próbując znaleźć coś ciekawego, lecz otaczał go jedynie dywan oraz książki. Przyglądał się tańczącemu językowi świecy, zmarszczkom mędrca, kamiennej minie Grzegorza to wsłuchiwał się w szum wiatru niekiedy przeradzającego się w gwizd bądź przypominający grzmot. Gdy członek Zakonu skończył przeliczać monety Agravain odetchnął z ulgą znacznie głośniej niż zamierzał. Opiekun spojrzał się na niego karcąco tak, iż chłopiec wzdrygnął się, albowiem pierwszy raz Grzegorz spojrzał się na niego tak surowo. Nikt inny nie zwrócił na niego uwagi. Ku jego rozczarowaniu uczony jeszcze nie skończył, ponieważ zaczął szacować wartość kamieni szlachetnych, co zajęło mu jeszcze więcej czasu niż przeliczanie monet. Było to dla Agravaina wielką torturą, lecz uznał to za swoją pierwszą próbę oraz nie chciał zostać ponownie potraktowany surowym spojrzeniem, toteż starał się nie okazywać znużenia. Gdy wszystko dobiegło końca, uczony sięgnął ręką do szuflady biurka. Wyciągnął monetę, na której znajdował się smok.
– Proszę. To jako dowód dla rodziców, że syn został przyjęty. Proszę teraz wyjść. Mój towarzysz odprowadzi was w bezpieczne miejsce, skąd dacie radę wrócić do domu.
– W imieniu pary książęcej bardzo dziękuję – rzekł, składając ukłon.
Pozostali służący bez słowa zaczęli wychodzić. Grzegorz przykucnął przy Agravainie.
– Wybacz mi Agravainie – rzekł. Chłopiec widział, że w oku starca zakręciła się niewielka łza. – Oby ci było tu dobrze. Żegnaj.
Wstał, po czym wyszedł. Przed zamknięciem drzwi nieznacznie obrócił się rzucając mu pełne smutku spojrzenie. To była ostatnia rzecz, jaką chłopiec pamiętał tamtej nocy.
***
Nie opowiedział wszystkiego, co przeżył, albowiem część ze wspomnień chciał zachować dla siebie a o niektórych detalach, takich jak ilość bogactw w skrzyni nie wypadało mu wspominać. Pomimo uszczuplonej opowieści jego słuchacze byli zainteresowani, w szczególności Aries, który po zakończeniu historii szybko wyrwał wojownika z zadumy.
– A czemu nie jesteś teraz w Zakonie? – spytał się Aries z błyskiem w oku. – Jak tam jest?
– Tego, dlaczego obecnie nie jesteśmy na terenie Zakonu nie powinienem wam zdradzać, ale mogę powiedzieć, że jest tam bardzo dobrze. Mamy wystarczająco jedzenia, uczyli nas tam etykiety, czytania, pisania oraz kilku innych powszechnie cenionych umiejętności. Należy jednak nadmienić, iż to wszystko zależy od tego, kto jaką funkcję pełni. Od jednych będą wymagali znajomości licznych języków a drugich mycia podłóg. Miarą w tym jest urodzenie oraz majętność – wojownik spostrzegł lekkie przygnębienie na twarzy chłopca – Mniejsza o to. Wielu nie mając ani jednego ani drugiego było świetnymi wojownikami, którzy na zawsze zapisali się na kartach historii.
– I byli w Zakonie? – spytał się z nadzieją w głosie chłopiec.
Wojownik zawahał się.
– Nie, ale nie trzeba należeć do jakiejś grupy, aby być wielkim.
Wtem Wit zerwał się na nogi z przerażeniem w oczach. Wojownik szybko dostrzegł to co on i mocnym szturchnięciem wybudził przysypiającego Złotego Płomienia.
– Padnij! – krzyknął wojownik.
Aries natychmiast położył się na ziemi. Smok uniósł gwałtownie głowę i zionął złotym ogniem na czarny kształt czyhający w wysokiej trawie. Bestia, której futro zajęło się ogniem wrzasnęła z bólu cofając się. Chłopiec szybko podbiegł do Wita.
– Wskakujcie! – krzyknął Agravain przyglądając się poczynaniom potwora.
Gdy młodzi podróżnicy znajdowali się na grzbiecie smoka, ten jeszcze raz zionął ogniem na potwora, który ku zaskoczeniu wszystkich jeszcze żył. Wojownik wskoczył na gada, po czym wszyscy wzbili się w powietrze. Smok zatoczył koło, uważając przy tym, aby nikt nie spadł i stworzył ognisty krąg wokół monstrum, po czym ruszył w dalszą podróż.
– Co to jest? – szepnął sam do siebie wojownik z nieukrywanym zdziwieniem. – Udamy się w stronę gór – rzekł po chwili głośniej. – Nawet jeśli jest tak szybkie jak smok w locie, to tam nie będzie w stanie nas dogonić. A jeśli nawet za nimi będzie nas ścigał, to po dwóch dniach spędzonych w powietrzu powinniśmy dotrzeć do celu mojej wędrówki, gdzie na pewno znajdzie się ktoś, kto będzie wam w stanie pomóc.