Zewsząd panowała głucha cisza. Chmury spowiły niebo do tego stopnia, iż świat zdawał się mieć jedynie odcienie szarości. Nikłe promienie słońca przebijały się przez rzadkie korony niezwykle wysokich drzew o popielatych pniach. Wszystko trwało w bezruchu za wyjątkiem dwóch istot.
Szły one niespiesznie, szeleszcząc czarnymi płaszczami. Ich nogi były spowite w powoli opadającej mgle, zaś głowy zostały częściowo zakryte przez kaptury, spod których wystawały długie białe dzioby. Oczy jednego z nich świeciły bursztynową barwą a drugiego purpurową. Każdy dzierżył laskę nieco wyższą od siebie zakończoną na szczycie symbolem rombu, przeciętego pionową linią, w którym znajdował się pierścień a w środku niego niewielka kula, w nieznany sposób nie odłączająca się od całości symbolu pomimo braku jakiegokolwiek zespolenia z nim.
Wtem w powietrzu rozległ się łopot skrzydeł. Kruk, który zdawał się przybyć z nikąd mknął między smukłymi drzewami niczym strzała stopniowo obniżając lot. Istoty odwróciły się i zatrzymały. W ich oczach dostrzegalna była iskra radości.
Ptak wylądował przybierając postać niemalże identyczną do nich, lecz nieco niższą. Spojrzenie soczysto zielonych oczu padło na jego towarzyszy.
– Gdzie byłeś? – spytała się przybyłego burztynooka istota.
– Zostałem przez pewien czas zamknięty w jakimś budynku, lecz do szczegółów niebawem wrócę. Jak się miewa reszta, Florianie?
Zaczęli iść z nim znajdując się po jego obu stronach.
– Jest… dobrze – odpowiedział za niego towarzysz. – Mają dużo jedzenia i… prawie na nic się nie skarżą.
– Co masz na myśli przez “prawie”, Bazyli? Coś jest nie tak?
– Żałują, że za mało czasu z nami spędzasz – rzekł Florian. – Niektórym doskwiera nuda i brakuje im zajęcia. Na przykład wielu z nich chciałaby się lepiej posługiwać mową ludzką lub nauczyć się czytać. Nawet my z Bazylim, jako jedyni, którzy potrafili to robić, część liter zapomnieliśmy. Wielu też brakuje po prostu twojej obecności. Tęsknią za tobą.
– Z tym ostatnim mam wrażenie, że trochę przesadzasz… Nie ma we mnie nic…
– Czy kiedykolwiek cię okłamaliśmy? Pragną twojego powrotu. Co jakiś czas pytają się: “Kiedy Pan wróci?”, “Czy wszystko z nim w porządku?”, “Czemu nie wraca?” i tak dalej. Nasze standardowe odpowiedzi przestają ich zadowalać.
– Trudno jest być w wielu miejscach jednocześnie. Jesteśmy rozsiani po niemalże całym świecie. Ale mogę odwiedzić nasze dwa główne siedliska.
– To nie jest wszystko – odezwał się Bazyli. – Jest nas znacznie więcej niż wcześniej. Wiele stwierdziło, że dołączy się do naszej gromady a niektórzy z nas mają już własne potomstwo, inni należą już do dość licznej starszyzny. Po tamtej stronie granicy nie jest tak dobrze, z oczywistych względów: nie ma nadmiaru jedzenia, są drapieżniki i dużo wrogów… Za to sytuacja wygląda odmiennie niż w Corvusurb. Tam jest nas za dużo. Poza tym… Tak jak Florian mówił… Wielu zaczyna się tam nudzić. I to nie tylko tam. U mnie, poza granicą również. Jest bardzo dużo młodych, których nie było jeszcze w czasach, kiedy każdy miał w ustach twoje imię… – przerwał.
– Kontynuuj – rzekła istota.
– Są też ci, co pamiętają te czasy… A że wielu się nudzi, to mają bardzo duży posłuch… O dawnej świetności… Chwale…
Postać zwolniła i spojrzała w purpurowe oczy Bazylego.
– Sugerujesz, że chcą wojny?
– Nikt tego jeszcze otwarcie nie powiedział, ale wszystko na to wskazuje – odpowiedział za towarzysza Florian. – Dobrze im się żyje w Corvusurb, wręcz za dobrze. Przez to widoczny jest dość duży sentyment, szczególnie wśród młodszych do dawnych czasów oraz grozy, którą budziliśmy.
– Zastanawiałem się, czy nie zająć jakiś terenów, które mielibyście na wyłączność. Ale na razie czasy są względnie spokojne, więc atakowanie kogokolwiek teraz byłoby głupstwem. Co najwyżej jeśli będzie konflikt, to może przy porozumieniu z jedną ze stron uda się coś ugrać. Ale nie teraz.
– Domyślamy się – kontynuował Florian – ale niektórym trudno jest pójść po rozum do głowy.
– Chcą krwi – przerwał mu Bazyli. – Liczą, że jak wrócisz, to będą mogli brać udział w rzeziach, jakie czasem miały miejsce. Niebawem i nie będzie można ich powstrzymać. Potrzebna jest tylko iskra, aby zrodziła się pożoga.
– Czy jest ktoś, kto by ich poprowadził?
– Na szczęście nie. Traktują nas niczym bogów, dzięki temu nie ma nikogo, kto by się nam przeciwstawił i tym samym próbował wywoływać zamieszki.
– Chociaż tyle.
Zamilkli. Mgła zdążyła całkowicie opaść, a słońce niespiesznie pięło się ku górze. Powoli nadchodziło południe. Postać przyglądała się w zamyśleniu szarej ziemi. Florian z Bazylim zaczęli wymieniać nieco zaniepokojone spojrzenia.
– Jak… twoje samopoczucie? – rzekł po pewnym czasie Florian.
– Dobrze – odpowiedziała nie podnosząc głowy.
– Trochę niepokoi nas…
– Twój sentyment do tego miejsca – dokończył Bazyli. – To było dawno i nigdy się nie odezwał.
Postać przechyliła nieznacznie głowę a Florian rzucił speszonemu Bazylemu wściekłe spojrzenie.
– Po prostu wydaje nam się, że należy porzucić tę naszą drobną tradycję, bo wywołuje ona w tobie nieprzyjemne wspomnienia.
– Ale może da jakiś znak życia. Albo jakieś wyjaśnienia… – odpowiedział byt nieco łamiącym się głosem.
– Twój pan cię porzucił – rzekł Bazyli. – Jak będzie chciał cię z powrotem, to da ci jakiś znak. Ale nie ma sensu go szukać, kiedy nie wiadomo, czy żyje ani czy chce być znaleziony. Poza tym moim zdaniem nie należy wracać do istoty, która pomimo wielu lat służby zwalnia bez żadnych wyjaśnień swoją prawą rękę…
– Może został uwięziony! Albo to ja coś źle zrobiłem!
Florian i Bazyli zatrzymali się.
– Przejrzyj na… – Florian położył lewą wolną rękę na ramieniu towarzysza i pokręcił głową. Zamilkł.
– Jak możemy ci pomóc? – spytał się łagodnie.
Byt zatrzymał się.
– Nie wiem… – rzekł, odwracając się do nich. – Pewnie potrzebuję nieco więcej czasu, aby się z tym pogodzić…
– Możemy razem podróżować, przynajmniej przez pewien czas – zasugerował Florian. – Potrzebujesz jakiegoś zajęcia. Może przypomnisz nam, jak się czytało, albo pouczysz jakiś magicznych sztuczek, poopowiadamy ci nieco nowinek. Potem udamy się do Corvusurb i ocenisz panującą tam sytuację. Może odwiedzimy miasto w trakcie trwania tego wielkiego targu. Ulice wtedy są takie kolorowe… Pewnie znajdziesz coś ciekawego dla siebie. Wiem, że to dopiero za miesiąc, ale rozumiesz, o co chodzi… Podoba ci się wstępnie taki plan?
– Tak…
– Może chodźmy już stąd. To jest zbyt ponure miejsce.
– Niedaleko znajduje się las pełen zwierzyny. Idealny na polowania, w szczególności na koniu.
– Tak, macie rację. Może lepiej stąd pójdziemy. Tylko jeszcze jedno. Chcę jeszcze podejść do tego kamienia.
Postać zaczęła iść, a oni za nią podążyli.
– Wciąż prowadzisz dziennik? – próbował zacząć rozmowę Bazyli.
– Tak. Będę musiał jedynie nadgonić dni spędzone w budynku, co będzie trudne do oszacowania. Ale jeśli chodzi o naukę czytania to muszę wybrać wam jakieś ciekawsze dni. Może coś sprzed dwustu lat… – przerwał niespodziewanie. – O, już prawie jesteśmy. – rzekł, patrząc na duży kamień, który przypominał wysoką ścianę. – Wracając, to może z dnia, kiedy były jakieś ciekawe działania wojenne, albo kiedy obserwowałem jakiś z oddziałów nieprzyjaciela.
– Coś na pewno się znajdzie!
– Wybacz, że spytam, ale… kiedy wypada ta noc? Wiesz, która…
– Będę musiał to sprawdzić. Dziękuję za przypomnienie. Wydaje mi się, że za jakieś sześć miesięcy, ale nie jestem tego pewien…. – przerwał. – Jest bardzo ważna rzecz, o której muszę wam powiedzieć. Ten budynek, o którym wam wspomniałem… Hm, jakby to ująć? Dawno się z czymś takim nie spotkałem, o ile to nie był pierwszy raz. Budowlę kontrolował ktoś w połowie uśpiony, lecz na tyle potężny, iż obawiam się, że gdyby użył pełni swoich mocy, to ucieczka bez pomocy z zewnątrz byłaby dla mnie niemożliwa.
– Ostatnio masz gorsze samopoczucie – zauważył Florian. – Może nie jest tak źle, jak ci się wydaje.
– Może i tak, ale to nie jest wszystko – dodała Postać. – Postanowiłem przejść się chociaż częściowo po umownej granicy. Powstał tam nowy pałac. Nie rozejrzałem się po nim dokładnie oraz opuściłem go gdy usłyszałem kroki, ale obawiam się, że należy on do jednej z najpotężniejszych zjaw.
– Wybacz, ale nie jestem pewien, o kim mówisz – wtrącił się Bazyli. – Czy masz na myśli tę zjawę zamkniętą w zbroję, o której nam swojego czasu wiele opowiadałeś?
– Tak, dokładnie tego samego. Nie widziałem go na własne oczy, bo, tak jak wspomniałem, opuściłem pałac, ale wszystko wskazuje, że jakimś cudem powrócił.
– Tak, jak to zrobił to jest trochę niepokojące… Ale nie mamy gwarancji, że to na pewno on. Poza tym na szczęście zbroja blokuje jego magiczne zdolności, więc nie powinien stanowić wielkiego zagrożenia. Mogę pójść tam sam lub z towarzystwem i…
– Nie! Pod żadnym pozorem nie zbliżajcie się do tego pałacu. Macie omijać te okolice i niech nikt z naszych się tam nie zbliża. Kiedy nadejdzie odpowiedni moment, ja sam ponownie zbadam sprawę.
– Dobrze, zrobimy tak jak mówisz – odezwał się Florian. – Tyle że z tego co pamiętam, to był łagodny z usposobienia.
– Nie zawsze wojny wygrywa się mieczem. Pragnę wam przypomnieć, że on jest tego doskonałym przykładem. Wracając, to miejcie oczy szeroko otwarte, w szczególności ty, Bazyli. Jeśli ty lub ktoś z twoich podopiecznych zauważy jakieś nietypowe zmiany to od razu proszę o wiadomość. Macie również pozwolenie do podlatywania do twierdz i szpiegowania ich właścicieli, tylko zachowajcie przy tym możliwie jak największą dyskrecję. Nie chcę, aby przypadkiem tamta siedziba została odkryta.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – rzekł Bazyli z lekkim błyskiem w oku, starając się kryć ulgę wymieszaną z radością i niepokojem.
– Czy jest coś, co ja mogę zrobić? – spytał się Florian.
– Nie – odpowiedziała Postać. – Chociaż… – zamyśliła się na chwilę. – Będę chciał kilka rzeczy sprawdzić, tak więc planuję udać się w okolice domu Gospodarza bez wzbudzania podejrzeń. Ale wrócimy do tematu gdy będziemy w drodze.
– Czy możemy w takim razie ruszyć? – spytał się ostrożnie Florian. – Czy chcesz chwilę jeszcze tu postać?
– Możemy już iść – rzekła Postać, po czym ostatni raz spojrzała z nieukrywaną tęsknotą na kamień, przemieniła się w kruka i wzbiła się w powietrze a towarzysze poszli w jej ślady.
Łopot skrzydeł ucichł. Mimo tego, iż słońce zbliżało się do szczytu nieboskłonu zaczęła pojawiać się gęsta mgła. Unosiła się stopniowo coraz wyżej, pokrywając wszystko, co znajdowało się pod nią. Samotna skała skryła się w oparach. Wtem pojawiła się lekka bryza, której szum zabrzmiał jak pełne żalu westchnienie zawierające w sobie niewypowiedziane przeprosiny. Wiatr przybrał na sile, rozwiewając mgłę nie skrywającą już pod sobą kamienia. Chmury rozproszyły się, a las, na który zaczęło padać złociste światło począł budzić się do życia. Pnie przybrały ciemnobrązową barwę, na gałęziach pojawiły się liście. Gleba, z początku wyglądająca na nieurodzajną zaczęła obfitować we wszelkiego rodzaju roślinność. Jednak pomimo tego nagłego odrodzenia wszędzie panowała smutna cisza.