Bujna trawa kołysała się lekko na wietrze niosącym ze sobą woń boru oraz powoli zbliżającą się jesień. Z lasu mającego swą granicę na niewielkim wzgórzu bez trudu dało się obserwować pracującą przy roli wieś. Niekiedy do wzniesienia docierały sporadyczne wołania oraz wesołe krzyki dzieci przerywające pogodny ptasi śpiew.
Czarna rękawica zacisnęła się na skórzanej uprzęży. Kara klacz zatrzymała się. Rozdarła zniecierpliwiona kopytami ziemię i machnęła groźnie krótką, gęstą grzywą. Jeździec przyodziany w długi, czarny płaszcz poklepał ją, szepcząc jakieś słowo. Uniósł głowę i uważnie rozejrzał się po okolicy. Pomimo tego, iż słońce padało bezpośrednio na jego twarz, oblicze pozostało skryte w mroku kaptura.
Zjawa ponownie w spokoju omiotła wzrokiem otoczenie. Nie dostrzegła niczego niepokojącego, co mogłoby stać się dla niej potencjalnym zagrożeniem. Żadnego czyhającego szpiega, żadnej magii. Upewniła się jeszcze raz, drugi, trzeci. Nic. Cisza i spokój.
Byt zsiadł z konia, który przemienił się w szybko rozwiany przez wiatr smolisty dym. Westchnął cicho, ociągając się ze swoim zamiarem. Nie chciało mu się. Nie miał na to nastroju. Ponownie westchnął.
Wtem jego myśli strzeliły niczym z bicza. Przemknęły po jego ciele, analizując każdy detal i przypominając sobie inny. Wszystko w dobrze znanej, starannie wyuczonej, opanowanej do perfekcji kolejności. Nagle, w sposób nieuchwytny dla oka, zamiast wysokiej budzącej grozy istoty stał szczupły młodzieniec, którego wciąż można było uznać za chłopca. Płaszcz zastąpiło zielonoszare ubranie, a miejsce kaptura zajął szpiczasty kapelusz z nieco przyklapniętym w połowie czubkiem oraz z szerokim rondem. Ładną, bladą twarz zasłaniała skórzana, popielatoszara maska w kształcie bardzo długiego, ptasiego dzioba. Oczy chronione były przez okrągłe gogle o czerwonych szkłach, na które niekiedy opadały proste, kruczoczarne włosy. Istota odgarnęła niesforny kosmyk dłonią odzianą w czarną rękawicę. Poprawiła również buty o dużej cholewie o identycznym zabarwieniu. Rozejrzała się wokół uważnie, natrafiając wzrokiem niekiedy na przypatrujące się jej w zaciekawieniu ptaki. Spojrzała ponownie na wioskę. Zawahała się. Nie miała nastroju.
Nie czuła się tak, jak powinna w tej postaci. Młodzieńca ogarnęło przygnębienie, niepasujące do jego obecnej formy. Spojrzał ponownie na wieś. Nie, nie mogę się udać w takim stanie, stwierdził po chwili. Od razu spostrzegą, że coś jest ze mną nie tak.
Obrócił się na pięcie i zawrócił w stronę lasu. Pogrążył się w jego ciemności. Szedł w głąb boru tak jak w głąb swych myśli mówiących w kółko “Jak to naprawić? Jak ich przekonać? Jak dać się wtopić?…”.
Zatrzymał się przy niewielkiej kępce intensywnie pachnących ziół. Wyciągnął zza pazuchy niewielki, lecz ostry jak brzytwa nóż. Jedyne niebezpieczne narzędzie, jakie kiedykolwiek trzymał w tej formie. Zaczął ścinać zioła rozcierając palcami niektóre liście i począł wdychać kojący, odświeżający aromat. Niewiele pomogło. Zebrał większą ilość roślin, rozerwał większość liści. Zdjął maskę i wysypał starą zawartość na leśne runo, po czym uzupełnił jej wnętrze nowymi, świeżymi ziołami. Po założeniu przez dłuższy czas kasłał od intensywnej woni, lecz zdołał się szybko do niej przyzwyczaić. Kontynuował spacer, niekiedy dorzucając do maski inne, równie dobrze pachnące rośliny.
Nic, nic i dalej nic. Znów jestem do niczego.
Zadarł głowę wysoko i zaczął przypatrywać się w zadumie wypływającemu spomiędzy liści blaskowi słońca.
Co czyni mnie szczęśliwym? Co ja robię, aby czuć radość?
Przemknęło mu przez głowę wiele opcji, jedne niezwykle prozaiczne oraz cieszące większość istnień, inne brutalne i dość niepokojące. Westchnął cicho. Spuścił głowę. Przyglądając się runowi leśnemu ruszył dalej.
Co ty się tak nad sobą użalasz? Jest robota do wykonania. Jak zawsze. Jedyne, co musisz zrobić, to być sobą. Sobą w tej formie. Chodzącym błaznem i idiotą. Jak zawsze.
Zatrzymał się przy jednym z leciwych drzew, zmierzył je wzrokiem, po czym bez większego problemu wspiął się na grubą gałąź. Rozpościerała się ona dość nisko, więc ktokolwiek kto by przechodził obok zauważyłby go od razu. Wtedy mógłby bez najmniejszego ryzyka zeskoczyć, aby przywitać się z ewentualnym przybyszem. Chłopiec oparł głowę o pień i znów w zamyśleniu spojrzał w górę.
Kim tam będę? Może Tristanem. Tak na ogół się przedstawiam, tak mi na ogół pasuje. Będzie przyzwoicie móc się przedstawić. Pytanie tylko, czy zawędruje tu jakaś zjawa? Może nie. A jeśli jednak tak, to i tak się wyniosę. Tak, tak będzie najlepiej. Tristan. Uśmiechnięty, beztroski Tristan. Tylko gdzie ta radość? Jak ją przywołać? Co robi nasz kochany, beztroski Tristan? Uśmiechnięty zbiera zioła, leczy co potrzeba i na pewno nie zapuszcza się niepotrzebnie do nieznanej wioski.
Westchnął.
Dobra, odłóżmy to na później. Takie błahostki potem. Co na pewno muszę zrobić? Przygotować się na potężnych przeciwników. Jak to zrobić? Stworzyć broń zdolną ich zniszczyć. Tylko tyle. Mocy swojej już nie zwiększę. Sojuszników nie mam, tylko kruki. Dużo kruków, ale im nie może się stać krzywda. Nie zrobię ponownie tego błędu. Nie zrobię…
Usłyszał dobrze mu znany huk spadających skał. Odgłosy kończącej się bitwy. Przez chwilę zdawało się mu, że znów leży na skalistej ziemi pozbawiony sił koniecznych choćby do najmniejszego zaklęcia. Błysnęła pod czerwonym szkłem łza. Znów miał przed sobą słoneczny las.
Sieroto, co tak płaczesz? Nic z tym nie zrobisz… Niech to. Dlaczego stałem się taki płaczliwy? Nieważne. Nic z tym nie mogę zrobić. Szkoda. Wracając… Hm…
Zadumał się, przyglądając kołyszącym się gałęziom i szeleszczącym liściom.
Co im zaszkodzi najbardziej? Tego jeszcze nie mam… Mogę zintensyfikować poszukiwania. Chociaż to pewnie nigdy nie istniało. Prawdopodobnie ktoś to tylko wymyślił na potrzeby ciekawszych opowieści. Ale co szkodzi się nimi zainspirować i sprawić, aby istnieć zaczęło?
Rozmarzył się. Przed oczami nie miał już lasu, a wyłącznie szkarłatny blask rozświetlający czarną noc, wirujące w powietrzu skrawki palącego się popiołu lśniącego niczym upadłe gwiazdy. W uszach zadzwonił mu dobrze znany wrzask, a wspomnienia zaczął zakrywać ciężki dym.
Ogień Piekielny. Znów spróbuję. Nawet nie dla wojny. Dla czystej satysfakcji.
Zadumał się na chwilę przypominając sobie wcześniejsze próby oraz korzyści, jakie sporadycznie z nich płynęły.
Sukces tego jest wątpliwy, więc niestety mogę się tym zająć z boku jedynie w ramach odskoczni. Potrzebuję czegoś pewnego i cholernie niebezpiecznego. Poczuł, że nastrój zaczyna mu się poprawiać. Pod maską zatańczył niewielki uśmiech.
Pomyślmy… Tyle rodzajów specjalnych strzał stworzyłem, że aż mi się pomysły skończyły. Magiczne miecze są nudne i niepraktyczne… Ja potrzebuję czegoś nowego, najlepiej działającego na dystans dla moich wojowników… Chwila, dla cieni niby nie potrzebuję… Dobra. Kto będzie walczył? Na pewno ja, a ja swoją ukochaną zabawkę mam. Kto dalej? Cienie. Nie trzeba się o nie martwić, nie padną na polu bitwy.
Przed oczami miał już rozciągającą się równinę, czerniącą się od smukłych sylwetek, które sprawiały wrażenie, jakby mogły się za chwilę rozmyć w powietrzu. Widział mknącą na cieniowych koniach kawalerię, nieustraszoną ścianę kopijników, rycerzy i chaos, nad którym rzadko był w stanie zapanować. Jego niezawodne oddziały siejące strach. Żołnierze niebojący się śmierci, bo raz już ją spotkali. Oddani mu na wieki. Nieśmiertelni.
Do jego uszu dobiegł subtelny szelest. Odwrócił się zaskoczony. Ujrzał na gałęzi obok siebie niewielkiego wróbelka. Ptaszek, nieco spłoszony jego nagłym poruszeniem odleciał dwie gałęzie dalej, po czym nie spuszczając oka z młodzieńca, pozwolił swoim piórkom powoli się unieść. W efekcie po chwili przypominał małą brązową kulkę. Tristan wrócił do swoich przemyśleń.
Można im dać jakieś magiczne strzały dla tych, co potrafią strzelać, ale trzeba będzie ich stworzyć dużo, co zajmie mi więcej czasu, niż jest tego warte… W sumie po co im magiczne strzały? Jak będzie potrzeba, to ja zrobię za nich całą robotę, to będzie chwila moment i ani sekundy czasu straconego na tworzenie broni jednorazowego użytku. Eh, Tristanie, skup się. Na co chcesz się przygotować? Na przeciwnika silniejszego ode mnie. Co powinieneś zrobić, gdy masz pokonać przeciwnika silniejszego od ciebie? Wzywam wsparcie. I mam dobre wsparcie, którego nie muszę ulepszać… Hm… Dobra, można im dać jakieś drobiazgi. Tak, ta dwójka drani była dobra w magii i pomogli mi już niejednokrotnie. Zawsze skuteczni, gdy mają szansę. Czy mogę uczynić ich potężniejszymi?
Wrócił myślami do jednych z najbardziej wymagających pojedynków jakie musiał stoczyć. Próbował przypomnieć sobie, jaki styl walki miało jego wsparcie oraz czego najczęściej używali. Starania spełzły na niczym. Szybko zrezygnował z tego. Postanowił podejść do problemu w inny sposób. Zwizualizował sobie dokładnie to, jak wyglądało ich wyposażenie. Przed oczami pojawił mu się wojownik odziany w czarny płaszcz z kapturem z mieczem u boku, z którym się nie rozstawał jeszcze sprzed czasów nim został jednym z cieni. Zjawa, która wyrządziła Tristanowi niegdyś wiele krzywd, dosiadała czarnego smoka o smukłej szyi i grubych rogach. Gada oczywiście spotkał ten sam los, co jego jeźdźca.
Jedyne, co mogę jeszcze poprawić to dać im lepsze uzbrojenie. Bo co? Nie mają zbroi, a przydałaby im się jakaś ładna, godna ich statusu. Mają swoje miecze, można je trochę magicznie podrasować. I dać im łuki z magicznymi strzałami wraz z solidnym treningiem łucznictwa. I może zbroja dla ich wierzchowców… Nie, w sumie nie. Nie ma takiej potrzeby. Po co ona tym smokom? Wyglądałoby to komicznie i byliby bardzo powolni w powietrzu.
Wyciągnął zza pazuchy notatnik wraz z niewielkim ołówkiem i zaczął zapisywać notatki starannym, wykaligrafowanym pismem, niekiedy w ramach odskoczni z boku dorysowując eleganckie kreski, które mogłyby posłużyć jako pierwowzór do subtelnych zdobień wszelkiego uzbrojenia.
Dobra. Co jeżeli zawiodą? Wtedy mam duży problem i robimy odwrót. Nie ma innej rady. Cienie niczego nie potrzebują, a jak będą to trudno. Ich problem. Eh, kruki, nieszczęsne kruki. Co z nimi?
Przypomniał sobie swoje liczne ukochane ptaszyny, zawsze pełne energii oraz zapału. Zdarzało się mu je rozpieszczać na polu bitwy poprzez zasłanianie ich niewidzialnym polem obronnym, dzięki któremu żadnemu krukowi w trakcie walki nie działa się krzywda. Kosztowało go to wiele sił i koncentracji, przez co na ogół wtedy jedynie stał z boku oraz przyglądał się z oddali przebiegowi wydarzeń. Obawiał się, że tym razem nie będzie mógł sobie pozwolić na taki luksus.
Unikać, aby się pojawiały na polu bitwy, co w sumie będzie niemożliwe. Można im spróbować dać jakąś podstawową ochronę, ale musi to być niebywale lekkie. Nie będę mógł ich tak rozpieszczać jak robiłem to ostatnio. Może jakieś magiczne obrączki? Na jakieś podstawowe niedogodności? Trzeba się będzie zastanowić. I jeżeli dla kogoś robić jeszcze specjalną broń, to dla nich. Dla każdego z nich. Z osobna.
Tristan westchnął ponownie głośno, ocierając twarz rękami.
Będą to tysiące sztuk! Dlaczego?! No cóż, czego dla nich nie zrobię… Może jeszcze się uda część pracy zrzucić na nich lub na cienie i mi pozostanie tylko magia. Świetnie. Będzie pięknie. Eh… Dobra. Co z Bazylim i Florianem? Mają laski, coś tam potrafią, chyba ich dobrze wyszkoliłem. Jedyne co to może warto byłoby im stworzyć magiczne zbroje, a potem spróbować ich w nie wcisnąć. Będzie ciężko… Bardzo ciężko…
– Cześć! Kim jesteś?
Tristan podskoczył lekko na gałęzi i spojrzał w dół. Ujrzał małą grupkę dzieci z niewielkimi koszyczkami częściowo zapełnionymi dobrodziejstwami lasu. Na jego twarz wstąpił szeroki uśmiech całkowicie niewidoczny przez maskę. Z gracją zeskoczył z gałęzi, zdjął kapelusz. Zrobił głęboki ukłon.
– Jestem Tristan! Lubię leczyć ludzi i zwierzęta, znam trochę ziół, chociaż wciąż się tego uczę. Czeka mnie jeszcze daleka droga, abym mógł dorównać swojemu mistrzowi. A wy kim jesteście?
Dzieci zakłopotały się. Jako pierwsza odezwała się blondwłosa dziewczynka o niebieskich oczach, która go zaczepiła.
– Jestem Józia, to jest Krzysiek i Bartek. Jesteśmy z pobliskiej wioski, właśnie do niej wracamy.
– O! To rewelacyjnie! Właśnie też chciałem się do niej udać. Trochę przykrzy mi się samotne siedzenie w lesie, chciałem ostatnio trochę wyjść do ludzi, zaznać ich towarzystwa. Czy potrzebna jest tam dodatkowa para rąk do pracy? Jak mówiłem, znam się na zwierzętach i ludziach, więc bez problemu mogę wyleczyć chorobę lub opatrzyć rany. Ale z wielką chęcią pomogę też przy roli. Tak naprawdę przy wszystkim, gdzie będzie ktoś potrzebny. W zamian tylko poproszę o kąt, w którym będę mógł spokojnie pracować nad swoimi miksturami i lekami. Nic innego. Czy znalazłoby się dla mnie jakieś miejsce?
– Em… Nie wiem – odpowiedziała zakłopotana Józia, patrząc się niepewnie na równie zakłopotanych kolegów. – Musiałbyś się zapytać pana Gruchniewicza. Może on by coś dla ciebie znalazł.
– Czy zaprowadzicie mnie do niego?
– Tak.
– Em… Czy mogę zadać jedno pytanie? – zająknął się Krzysiek.
– Jak najbardziej!
– Czy jesteś jakimś leśnym duszkiem?
– Można tak powiedzieć. Tyle czasu w lesie spędzam, że niektórzy znajomi mnie tak nazywają. Czemu pytasz?
– Dziwnie trochę wyglądasz.
– W lesie nie trzeba się martwić o swój wygląd. Wśród ludzi, jeżeli jest się kimś poważanym, to też nie trzeba.
– Czy widziałeś kiedyś leśnego duszka?
– Tak, niejednokrotnie.
– Czy są one niebezpieczne?
Tristan uśmiechnął się jeszcze bardziej.
– Każdy duszek jest na swój sposób niebezpieczny.