Tristan skocznym krokiem podążył za nieco zakłopotanymi dziećmi do wsi. Zaprowadziły go one do gospodarki Gruchniewicza. Józia podeszła to pracującej leciwej kobiety, a tymczasem Tristan przyglądał się pracującym chłopom. Staruszka bez słowa poszła do chaty, po chwili wracając z mężczyzną w sile wieku. Jego twarz była poorana licznymi zmarszczkami, a zimne spojrzenie stalowych oczu padło najpierw na dzieci, a potem na Tristana. Młodzieniec mimo woli poczuł się skrępowany tym spojrzeniem. Począł się zastanawiać, czy był to dobry pomysł. Ale dzięki odpowiedniemu treningowi na licznych bankietach nie dał tego po sobie poznać.
– Słucham? O co chodzi?
– Czy to pan Gruchniewicz?
– Tak, a co?
W mgnieniu oka Tristan podskoczył do niego tak szybko, iż ten mimowolnie się odsunął. Młodzieniec pochwycił go za rękę. Z szerokim uśmiechem potrząsnął nią zadzierając wysoko głowę i patrząc wprost w oczy gospodarza.
– Tristan, do usług. Szukam tymczasowego schronienia nad głową, za które mogę zapłacić ciężką pracą. Znam się nieco na lekach, ziołach, leczeniu ludzi i zwierząt. Ale też z przyjemnością pomogę przy roli. Tak naprawdę przy wszystkim, gdzie tylko będę mógł służyć pomocą.
Puścił rękę gospodarza, który zmierzył go surowym, pełnym spokoju spojrzeniem.
– Jesteś za słaby na ciężką pracę.
– Pozwolę sobie temu zaprzeczyć. Ciężkie prace fizyczne będą dla mnie bardziej uciążliwe, ale nie niewykonalne. Poza tym proszę jedynie o miejsce do noclegu. Jedzenie mam swoje, żadnej zapłaty nie potrzebuję, złoto nie jest mi potrzebne. Jestem na praktykach, uczę się. Więc jedyne, co mi się marzy, to miejsce, w którym wieczorem po zakończeniu robót będę mógł usiąść i zająć się tworzeniem lekarstw.
Gospodarz zmierzył go ponownie wzrokiem. Tristan uznał już swoją przegraną i zaczął się zastanawiać, do jakiej wsi mógłby się udać jako następnej.
– Nie potrzebujesz jedzenia?
– Nie, mam swoje zapasy.
– Chcesz tylko miejsce do spania?
– Miejsce to wiele powiedziane. Jakiś cichy kąt, w którym będę mógł mieć odrobinę prywatności. Miejsce do spania sam bym sobie zorganizował w kącie. Tylko tyle, aby był tam spokój od ludzi.
– Co jesteś w stanie robić?
– Grzesiu – odezwała się starsza kobieta, która cały czas klęczała przy ziemi nawet nie podnosząc wzroku. – Chłopiec o wiele nie prosi. A mamy sporo pracy, do której nawet ktoś słaby przydałby się. Musimy przygotować ziemię na zimę, ktoś musi zwierzęta oporządzić, chałupę wysprzątać. Poza tym Halinka za jakiś czas będzie rodzić.
Gruchniewicz przewrócił oczami po czym spojrzał ponownie na Tristana.
– Zobaczymy. Na razie dotąd, aż będziesz przydatny, będziesz miał swój, jak to ty mówisz, kąt. Inaczej poszukasz rzekomego kąta gdzie indziej. Jedzenie załatwiasz sobie sam.
– Bardzo panu dziękuję!
Tristan znów skoczył do zaskoczonego Gruchniewicza i ponownie mocno uścisnął mu dłoń potrząsając nią intensywnie. Mężczyzna pospiesznie wyrwał ją.
– Jeszcze nie dziękuj. Najpierw zobaczymy, czy sobie na to zasłużysz.
– Jak najbardziej! Od czego mam zacząć?
– Zacznij od pomocy przy wykopkach ziemniaków. Tyle na razie powinno wystarczyć.
Tristan przez chwilę nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać, ponieważ pierwszy raz pomagał przy roli. Mimo wszystko po krótkiej, acz uważnej obserwacji wiedział już, co dokładnie ma robić.
Szybko zaczął się męczyć, lecz robił wszystko, aby tego nie pokazać, albowiem czuł na sobie surowe spojrzenie Gruchniewicza. W sumie nawet ciekawe zajęcie. Dawno czegoś takiego nie robiłem. Zwykłe, proste, monotonne. Nie trzeba się martwić, jak można to zrobić lepiej. Zgrabniej. Szybciej. Trzeba po prostu robić. Jego myśli wolne od perfekcjonizmu szybko zaczęły błądzić wokół planów i projektów.
Dzień Tristanowi minął dość szybko. Dawno go tak ręce nie bolały. Gdy wszyscy zaczęli iść do swoich domostw, a Gruchniewicz go zawołał, z przyjemnością wyciągnął zesztywniałe plecy i rozmasował kark. Podążył za mężczyzną, a ten zaczął go prowadzić pomiędzy duże drewniane chałupy.
– Szukasz kąta z odrobiną prywatności?
– Mówiąc to, miałem na myśli bez towarzystwa ludzi.
– Powinno ci się spodobać.
Na twarzy mężczyzny zatańczył kpiący uśmiech.
Otworzył drzwi do zagrody. Do uszu Tristana wtargnął kwik świń oraz muczenie krów. Gospodarz przeszedł wąskim korytarzem pomiędzy zwierzętami, a młodzieniec ruszył za nim, niekiedy wpatrując się w duże oczy zwierząt. Gruchniewicz wskazał mu kąt budynku znajdujący się tuż obok dużego stosu siana.
– Tu masz swoje miejsce. Podoba się?
– Tak! I to bardzo! – odpowiedział szczerze, szeroko uśmiechnięty Tristan. Pochwycił rękę Gruchniewicza i zaczął nią potrząsać. – Bardzo dziękuję! Jestem niezmiernie wdzięczny!…
Mężczyzna szybko wyrwał dłoń z uścisku nieco zakłopotany.
– To dobrze. Zmęczyłeś się? – zagadnął milej.
Tristan odruchowo zaczął masować się po szyi.
– Tak, przyznaję. Ale odpowiednio przygotuję się na jutro, aby wyregulować dług wobec ciebie i nie być zanadto zmęczonym. Co mam jutro w swoich obowiązkach?
– Zobaczymy.
– Mam jedno pytanie odnośnie naszej umowy.
– Tak?
– Czy możesz mi stworzyć skończoną listę obowiązków i jeżeli wykonam je wszystkie, to będę mieć resztę dnia dla siebie?
Mężczyzna zaśmiał się.
– Wątpię, abyś był w stanie zrobić wszystko tak szybko, aby mieć czas dla siebie. Ale może być. Tylko zrób to porządnie, nie byle jak. Inaczej się nie liczy.
– Dobrze. Bardzo dziękuję – rzekł z ulgą, zdejmując kapelusz i kłaniając mu się nisko.
– Baśka jutro przyjdzie cię obudzić.
Gruchniewicz obrócił się, aby wyjść, lecz Tristan go powstrzymał.
– Mam jeszcze jedno pytanie: czy mogę otrzymać tę listę dzisiaj?
Mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie.
– Jakie to ma znaczenie, czy otrzymasz ją dziś czy jutro?
– Chciałbym móc się wewnętrznie przygotować na czekające obowiązki.
– Nie. Listę dostaniesz jutro. Przy wspólnym śniadaniu.
Tristan pokłonił się.
– Dobrze. I tak bardzo dziękuję za całą dobroć.
Gruchniewicz wyszedł. Tristan odczekał jeszcze chwilę, aby mieć pewność, że został sam. Po chwili sięgnął zza pasa niewielką fiolkę o intensywnie fioletowej barwie. Niespodziewanie coś, co było przed chwilą maską, podzieliło się na pół. Długi, szary dziób rozwarł się szeroko, ukazując jaskrawe różowo-czerwone podniebienie. Wlał trzy krople z fiolki na długi język. Zamknął powoli dziób, który w niezauważalny sposób przeistoczył się ponownie w maskę. Schował fiolkę silnego środka przeciwbólowego, który niejednokrotnie pomagał mu w znacznie poważniejszych przypadkach niż zwykły ból mięśni.
Tristan spojrzał na kąt i podparł się rękami o biodra. Jak teraz zrobić z tego przytulny zakątek?
Przestał czuć już ból, a przez głowę przelatywały mu wyłącznie pomysły, jak z tego fragmentu podłogi stworzyć jedno z najprzyjemniejszych miejsc pracy.
***
Basia weszła do zagrody. Zwierzęta wyglądały na dość senne i nie witały jej z taką energią, jak na ogół to robiły. Jej uwagę przykuło ciepłe światło wydobywające się z drugiego końca zagrody. Usłyszała cichy brzęk metalowych narzędzi. Niepewnie podeszła bliżej, po czym zamarła z przerażenia, albowiem dostrzegła coś, czego nie była w stanie pojąć.
W kącie stało ogromne biurko z dużą liczbą szuflad. Nad nim wisiały regały pełne ksiąg. Na biurku tliła się niewielka świeca, stojąca obok ludzkiej czaszki. Na stole porozrzucane były nieznane Basi metalowe haczyki, linki, miseczki i niezliczone przybory o różnych końcach. Na drugiej ścianie kąta wisiał stary, nieco zniszczony pergamin ze starannie rozrysowanym drzewem genealogicznym jakiegoś rodu. Zawieszenie mocno oplatał metaliczny wąż szczerzący groźnie kły. Wyglądał on tak, jakby miał ugryźć osobę, która ośmieliłaby się dotknąć pergaminu. Rozejrzała się po stanowisku pracy, poszukując rzekomych lekarstw czy ziół. Szybko dostrzegła cały zbiór fiolek na jednym z regałów, stojący obok czaszki smoka mającej długość całego jej przedramienia. Cicho przełknęła ślinę. Spojrzała ponownie na biurko. Ujrzała tam jeden, spory kwiat, którego nigdy wcześniej nie widziała, stojący w niewielkim wazonie zaraz obok obsypanej pyłkiem ostrzałki.
Wtem, jakby wyczuwając jej obecność, Tristan pociągnął dźwignię przymocowaną do niezwykłego fotela, któremu nie zdołała się jeszcze dokładnie przyjrzeć. Całe oparcie opadło wraz z młodzieńcem do tyłu. Leżąc, spojrzał z błyskiem w oku na Basię.
– Słucham?
Kobiecie zaschło w gardle. Przez chwilę nie była w stanie nic powiedzieć.
– Śniadanie gotowe – rzekła w końcu.