Przejdź do treści

Wieś – część III

          Tristan odsunął się od biurka. Pospiesznie pochował porozkładane wszędzie notesy z rozmaitymi, skomplikowanymi szkicami. Pospiesznie wsadził je wśród grubych ksiąg, omal nie zrzucając przy tym innych osobliwych rekwizytów.

          – Poproszę jeszcze chwileczkę…

          Jednym ruchem ręki zgarnął większość ostrych narzędzi i niedbale wrzucił je do stojącego obok pudła. Wepchnął je nogą pod biurko, wsunął fotel ustawiając oparcie do pionu. Rozejrzał się pospiesznie, podskoczył do pergaminu i pociągnął w dół jego końcówkę. Zwój zwinął się a wąż z cichym zgrzytem przekrzywił się, uniemożliwiając otwarcie zwoju.

          Tristan otrzepał się lekko i żwawym krokiem stanął obok Basi.

          – Jestem gotowy.

          Basia nieco skrępowana zaprowadziła go do domu gospodarza. Tristan, uważnie obserwując pozostałych usiadł wraz z nimi do stołu. Zajął miejsce najbardziej na uboczu. Zaczął przyglądać się badawczo, nie mówiąc ani słowa. Jedzenie wędrowało z rąk do rąk, każdy nakładał sobie duże porcje. Obserwował nieco zszokowaną twarz Basi, surowe oblicze Gruchniewicza oraz mierzył wzrokiem inne, nieznane mu osoby. Wiedział, że ich wszystkich nie zapamięta. Nie interesowało go to. Zatrzymał spojrzenie na małym chłopcu, który obserwował go równie uważnie co on pozostałych. Ich spojrzenia spotkały się. Po chwili chłopiec speszony odwrócił wzrok. Tristan uczynił podobnie, a jego szkarłatne gogle błysnęły z zakłopotaniem.

          Basia, nieco spokojniejsza przy niemalże rodzinnej atmosferze, wręczyła mu miskę ziemniaków.

          – Em… Dziękuję…

          Zdezorientowany nałożył ich niecałą łyżkę i podał dalej.

          – Tak mało?

          Spojrzał na kobietę, która prawdopodobnie była gospodynią.

          – Zazwyczaj mało jem. Rzadko mam apetyt.

          Spojrzał zakłopotany na swoje jedzenie, próbując jakoś wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Zamyślił się trochę, próbując przypomnieć, jak należało to zrobić.

          – Wszystko w porządku? – zatroskana Basia trochę pochyliła się do niego. Przypomniał sobie.

          – Tak, jak najbardziej – dodał pogodnie i z uśmiechem. Myśli pomknęły niczym z bicza. Poczuł niewielkie mrowienie na twarzy. Wiedział już, że może bezpiecznie zdjąć maskę. Rozpiął rzemień i położył osłonę obok na stole. Zamrugał kilka razy jaskrawo zielonymi oczami a jego nozdrza wypełnił zapach drewna i budynku. Dwoma ruchami łyżki zjadł to, co miał na talerzu, po czym ponownie założył maskę. Intensywny zapach ziół chwilowo go otumanił.

          – Co mogę dzisiaj dla ciebie zrobić? – spytał się po chwili Gruchniewicza wstając od stołu.

          Gospodarz żuł w zamyśleniu jadło.

          – Pomóż przy rąbaniu drewna.

          – Jak najbardziej! Ile mam tego zrobić, aby można było uznać, że moja praca na dziś jest zakończona i mam wolne?

          Gruchniewicz uśmiechnął się.

          – Coś ci szybko do tego wolnego. Jak mój syn. Najważniejsza jest praca, dopiero później wolne. Dobrze spałeś, żeś taki nakręcony jesteś?

          – Szczerze mówiąc, to dzisiaj w ogóle nie spałem, co by paradoksalnie tłumaczyło, dlaczego jestem wypoczęty.

          Gruchniewicz nie skomentował tego.

          – Czyli de facto będę miał wolne, jak wszystkie drewna będą pocięte?

          – Raczej w ciągu dnia się nie wyrobimy aby wszystko pociąć, więc raczej wolne będziesz miał dopiero o zmierzchu.

          – Ojoj – Tristan rozciągnął plecy. – Do zmierzchu? To dużo czasu. To ja się lepiej już z tymi drewnami uwinę, bo do zmierzchu czekać nie będą. Idę pracować. Do zobaczenia! Dziękuję za śniadanie!

          Niemalże w podskokach opuścił budynek. On nie będzie czekał całego dnia. Za dobrze mu się wczoraj pracowało. Tym razem postanowił to zoptymalizować.

          Udał się na wskazane miejsce. Zastał tam już kilku pracujących chłopów, którzy nie zwrócili na niego większej uwagi. Patrzył, skąd biorą drewno, jak je tną i gdzie je układają. Omiótł spojrzeniem dużą stertę. Tak. Nikt normalny z tym do wieczora się nie wyrobi. A ja za bardzo się na to rozleniwiłem. Ocenił, że jest w dobrym nastroju. Skupił się. I przyzwał ich.

          Z gruntu zaczęły pojawiać się postacie, przypominające dym w kształcie ludzkich sylwetek. Nie wezwał ich dużo, bo nie było potrzeby. Pomyślał, co mają robić. A dokładniej rozkazał.

          Cienie bez słowa ruszyły. Część z nich chwyciła bezpańskie siekiery i wzięła się do roboty. Pozostałe ustawiły się do niego w kolejce. On, jednym zgrabnym ruchem, intensywnie przywołując myśli i odwzorowując każdy detal wyczarowywał narzędzia dla każdego z nich. Pracujący chłopi z początku niczego nie zauważyli, lecz gdy prostowali obolałe plecy nagle wycofywali się z przerażeniem i obserwowali z daleka, a ich puste miejsca zajmowali pracownicy chłopca. Ten, widząc, że praca już ruszyła i nikt nie ma do niego o to żadnych problemów, jednym machnięciem ręki przywołał swoją torbę, wyciągnął jeden z niewyjętych jeszcze opasłych tomów i zaczął przekartkowywać go w poszukiwaniu artystycznej inspiracji dla zdobień zbroi.

          Zaczął przekartkowywać strony. W tym tomie nie było nic istotnego, prywatnego czy śmiercionośnego, w przeciwieństwie do większości napisanych przez niego pozycji. Tu jedynie zbierał ładne zdobienia, które wymyślił lub nikczemnie podkradł czyjś pomysł na własny użytek przechodząc się po targach czy sklepach. Ładnie, niemalże pedantycznie porozrzucane na kategorie estetyczne a w środku każdej z nich na miejsca, dla których idealnie zdobienie się nadawało lub je widział. Bez wahania odnalazł kategorię “Botanika” i przekartkował do podrozdziału “Zbroja”. Z przyjemnością śledził wzrokiem piękne, kaligraficzne litery. Lubił, gdy pismo zachęcało do lektury. Zawsze tak mu się przyjemniej pracowało.

          – Przepraszam – padł na siedzącego Tristana cień jednego z chłopów. Młodzieniec zadarł głowę do góry i spojrzał mu prosto w piwne oczy. – Nie możemy przez nich pracować.

          Tristan przechylił się, albowiem rosły mężczyzna zasłaniał mu widok. Ujrzał tam cicho pracujące cienie i obserwujących z boku zaniepokojonych chłopów.

          – W jaki sposób przeszkadzają? Nie słyszałem, aby kogoś zaatakowali. A jeżeli tak się stało, to mogę przyprowadzić ich do porządku.

          – Nie. Nie o to chodzi. Nie możemy przy nich pracować.

          Tristan znowu się wychylił.

          – Naprawdę? – spojrzał na chłopa. – To co mogę zrobić, abyście mogli przy nich pracować?

          – Nie. Nie możemy przy nich pracować w ogóle. Nie chcemy ich tu.

          – Dlaczego ich tu nie chcecie? – spojrzał na niego niewinnie, jakby nie rozumiejąc. – Grzecznie pracują, z tego co widzę. Chyba że coś przeskrobali, to mogę z nimi pogadać.

          – Nie chcemy pracować obok nich.

          – No. To jest już bardziej zrozumiałe. Panowie! – krzyknął, a cienie jak jeden mąż spojrzały na Tristana. Chłop mimo woli odsunął się na bok. – Przenieście się trochę na bok i weźcie sobie kawałek drewna. Tak, żeby im nie przeszkadzać. Zajmijcie się pracą po drugiej stronie sterty, potem najwyżej wszystko przeniosę.

          Cienie bez słowa zabrały siekiery i postąpiły tak, jak polecił. Chłopi niepewnie zaczęli wracać na swoje wcześniejsze stanowiska a Tristan z przyjemnością oddał się swojemu wcześniejszemu zajęciu.

          – Łał.

          Odwrócił się. Ujrzał za sobą zadzierającemu mu przez ramię chłopca, którego widział podczas śniadania. Speszony malec cofnął się trochę.

          – Też bym tak chciał, aby ktoś za mnie pracował.

          – Czasem to jest trudne, a czasem łatwe. W zależności od tego, kim się urodziłeś – złapał ciekawskie spojrzenie chłopca utkwione w książce. – Chcesz zobaczyć?

          Pokiwał nieśmiało głową. Rozsiadł się obok Tristana i spojrzał do księgi.

          – Łał! Jakie piękne!

          Młodzieniec wręczył mu księgę do ręki. Z uśmiechem obserwował, jak podekscytowany chłopiec przegląda niezwykle szczegółowe ryciny przedstawiające niekiedy całe zbroje czy ozdobne hełmy, wszystko wykonane z zamiłowaniem do najmniejszych detali.

          – Wygląda jak żywe! Skąd ty to masz?

          – Sam napisałem.

          – Sam?! – Tristan pomasował kark z zakłopotaniem i lekkim speszeniem. – Sam też to rysowałeś?

          – Tak. Ale aby wyglądało to tak pięknie, to trochę sobie pomogłem. Bo aż tak pięknie sam z siebie rysować nie potrafię.

          Wyciągnął ołówek i kawałek papieru. Używając księgi jako podkładki zaczął coś szkicować. Uchwycił ogólny wygląd okolicy, po czym przy zaznaczonych detalach jak drzewo utkwił intensywnie spojrzenie w rzeczywisty obiekt. Wykonując zamaszyste ruchy ręką zaczął pokrywać kartkę dokładny obrazek drzewa, nawet nie patrząc na papier. Gdy ukończył pracę nad każdym obiektem wręczył kartkę podekscytowanemu chłopcu.

          – Ogólnie tak się nie rysuje. Nie powinno się używać magii, przynajmniej nie gdy robi się to dla własnej przyjemności. Ale w książkach staram się, aby obrazki były jak najbardziej zgodne z rzeczywistością. Dlatego tak robię. Nauka rysowania na takim poziomie jest znacznie trudniejsza.

          – Książki? To masz ich więcej?

          – Tak.

          – Wszędzie są tak piękne obrazki?

          – W wielu z nich tak. Ale nie w każdej.

          – Łał.

          Zaczął w zachwycie przeglądać dalsze obrazki. Tristan, widząc, jak dobrze się bawi i nie mając serca mu odebrać książki wyciągnął z torby inną, poświęconą różnym metalom. Miała zdecydowanie mniej obrazków. Zaczął przeszukiwać odpowiednich stopów, choć mimowolnie zerkał na chłopca, gdy usłyszał jego westchnienie lub odpowiadał na jakieś pytanie.

          – Tymek, tu jesteś! Cały czas ciebie szukałam! Miałeś krowy wydoić!

          Chłopiec odwrócił się przestraszony i pospiesznie oddał Tristanowi książkę.

          – Tak, Basiu, już biegnę!

          Tristan z lekkim uśmiechem schował książkę do torby. Przez chwilę przyglądał się pracującym cieniom, które nie czując żadnego zmęczenia uporały się z większością roboty. Jego spokój nie trwał jednak długo.

          – Za bardzo zmęczyłeś się przy wykopkach? Nie chce ci się teraz rąk pobrudzić, więc w książkach siedzisz?

          Spojrzał na rozbawioną Basię.

          – No, cóż… Gdybym mógł się z tym wyrobić w pojedynkę tak do południa, to bym sam to zrobił. A czemu pytasz?

          – Skoro i tak zamierzasz się lenić, to chociaż pójdź ze mną popielić. Każdy pracuje gdzieś indziej a ja nie mam z kim poplotkować.

          Widząc jego błagalne spojrzenie zaśmiała się.

          – Nie martw się, do pielenia cię nie zmuszam. Jaka dla ciebie różnica, czy siedzisz tu, czy tam, skoro i tak nic nie robisz?

          Spojrzał na cienie.

          – Raczej nic nie powinni napsocić. Ale na rozmowy raczej nie mam ochoty.

          – Och, no proszę. Posłucham o czymkolwiek. Tak mi się tam nudzi, że to głowa mała.

          Niechętnie się zgodził. Pomimo prób Basi wyciągnięcia z niego, nad czym pracował w nocy milczał. Siedział na kamieniu, przeglądając książkę a czasem obserwując gospodynię robiącą porządki przy domu.

          – To może powiedz, co masz w tej książce. Bo na pewno coś tam musisz mieć ciekawego, skoro tak pilnie czytasz.

          Oderwał wzrok od tekstu. Spojrzał na wchodzącą do domu gospodynię.

          – Tu akurat nic ciekawego. Tylko coś tam o właściwościach metali…

          Z zagrody dobiegł przeraźliwy krzyk dziecka. Zerwali się na równe nogi i natychmiast tam pobiegli, zostawiając wszystko co mieli za sobą. Tristan wtargnął pierwszy. Ujrzał sparaliżowanego przez strach Tymka oraz targające się w panice zwierzęta. Na podłodze leżała szeroko otwarta książka, z której unosiła się czarna niczym smoła zjawa. Nie miała nóg, lecz długi ogon wydobywający się z obrazka na samym początku książki. Głowa bez twarzy zwrócona była w stronę chłopca.

          – Stój i nie dotykaj go! – krzyknął Tristan potężnym głosem nie przypominającym w niczym pogodnego młodzieńca. Zjawa spojrzała na niego. Tristan podszedł bliżej, zasłaniając ręką chłopca. – Nie jest on zagrożeniem. Spełniłeś swoją rolę. Wracaj, skąd przybyłeś!

          Zjawa spojrzała jeszcze raz powoli na chłopca. Tristan podszedł jeszcze bliżej, stojąc pomiędzy nimi. Czubek jego maski prawie dotykał twarzy przyglądającej mu się zjawy.

          – Wracaj skąd przybyłeś.

          Chłopiec wzdrygnął się na chłód i stanowczość w głosie młodzieńca. Zjawa przyglądała im się jeszcze przez chwilę, po czym zniknęła wśród kart a książka zamknęła się. Tristan spojrzał na chłopca i przykucnął przy nim. Przerażone oczy unikały jego spojrzenia.

          – Czy wszystko w porządku? Nie zrobił ci krzywdy?

          Głos był ciepły, miły. Pełen troski. Chłopiec utkwił w nim przerażone oczy.

          – Na przyszłość nie dotykaj nie swoich rzeczy, dobrze? Na przyszłość wystarczy się mnie zapytać. Mam wiele obrazków, które mogę pokazać, ale następnym razem mnie o to poproś.

          Wstał i wziął do rąk leżącą na podłodze. Spojrzał na tytuł. “O żywiołach i ich ogólnej obsłudze”. Tak. Nic dziwnego, że to ma strażnika. Aż nietypowe, że chłopiec jeszcze żyje.

          Odwrócił się do niego i zbliżył z książką. Tymek cofnął się przerażony. Młodzieniec kucnął. Wyciągnął pozycję przed siebie.

          – Niektóre książki mają strażników, aby nikt bez mojej wiedzy nie mógł ich otworzyć. Ale jeżeli dam ci tę książkę do ręki, to strażnik się nie pojawi. Bo wie, że ci ufam. Proszę.

          Chłopiec nieśmiało wziął książkę do ręki. Powoli otworzył ją i z wahaniem zaczął przeglądać strony w poszukiwaniu obrazków. Tristan uśmiechnął się, choć w środku z niepokojem próbował przypomnieć sobie, czy w tej książce miał szczegółowe ilustracje rozkładających się zwłok czy to było w innej.

          Wtem do stodoły wtargnęła przerażona Basia wraz z Gruchniewiczem. Dziewczynie widocznie ulżyło, czego nie można było powiedzieć o gospodarzu.

          – Co to ma być?! Najpierw słyszę coś o jakiś duchach, potem że coś zaatakowało mojego syna. Wytłumacz mi się!

          Tristan w milczeniu wstał i zabrał przerażonemu Tymkowi książkę. Pozycja nagle zniknęła w jego palcach.

          – Cóż, jeżeli chodzi o strażnika książki, to faktycznie nie pomyślałem, że kogoś będzie kusiło dotykanie nieswoich rzeczy. Już naprawiam ten błąd i obiecuję, że się nigdy więcej nie powtórzy.

          Klasnął w dłonie. Wszystkie jego rzeczy zniknęły, włącznie z biurkiem i fotelem. Stodoła wyglądała tak jak dawniej. Jakoś zimno i ponuro.

          – Co co moich cieni, to możemy się przejść i zobaczyć, jak sobie radzą. Z tego, co widziałem, nie sprawiały większych problemów.

          Poszedł wraz ze wściekłym Gruchniewiczem. Przez chwilę przyglądali się, jak cienie spokojnie pracują po drugiej stronie prawie nieistniejącej już sterty. Nie przeszkadzały chłopom. Tristan spojrzał na zapatrzonego w pracę Gruchniewicza.

          – Uznałem, że przyspieszą pracę. Dzięki temu ja szybciej będę miał wolne, a wy mniej pracy. Sytuacja idealna.

          – Są dwie duże sterty drewna. I kto to będzie przenosił?

          – Ja to przeniosę.

          Na ich oczach cień skończył ostatnie drewno i przeniusł je na stertę Tristana, znacznie większą od tej utworzonej przez pozostałych chłopów z wioski. Młodzieniec zauważył, że zebrał się niewielki tłum gapiów. Poszedł pomiędzy cienie. Zaczął klaskać.

          – Dobra robota panowie. Zasłużyliście na odpoczynek.

          Robotnicy rozpłynęli się w powietrzu. Został tylko on i duża sterta drewna przewyższająca go przynajmniej trzykrotnie. Uniósł ręce. Masa uniosła się w powietrze i poszybowała do pozostałej części drewna. Chłopi odsunęli się. Cały materiał znajdował się już w jednym miejscu. Tristan, jak gdyby nigdy nic podszedł do Gruchniewicza. Spojrzał wysoko, obserwując położenie słońca.

          – Jeśli się nie mylę, niedawno minęło południe. Wyrobiliśmy się ze wszystkim przed wieczorem. Według naszej umowy, powinienem mieć teraz wolne. Chyba że mam już u ciebie nie mieszkać.

          Gruchniewicz spojrzał na niego w milczeniu.

          – Wypracowałeś to sobie. A dokładniej twoi koledzy wypracowali za ciebie.  Tak więc pozwalam ci wciąż mieszkać u siebie. Ale już nie w stodole. Ma nie dochodzić do takich incydentów jak tam, zrozumiałeś?

          – Tak, jak najbardziej. Dopilnuję tego. Gdzie mam mieszkać?

          Gruchniewicz gestem ręki wskazał, aby Tristan szedł za nim. Zatrzymali się na skraju wioski, przy rozłożystym dębie, na skraju lasu.

          – Tu będzie twój nowy kąt. Ten skrawek ziemi jest chwilowo do twojej dyspozycji – zakreślił ręką niewielki obszar wraz z dębem. – Że potrafisz coś tam czarować, to na pewno sobie coś przyjemnego tutaj urządzisz. Masz wolne i ręce z dala od Tymka.

          Gruchniewicz odszedł, a Tristan przyglądał mu się w milczeniu. Spojrzał na dąb. No cóż. Chyba zaczynamy zabawę na nowo… Uniósł ręce a myśli pomknęły niczym strzała. Wraz z krystalizującym się w jego głowie obrazem domu pomiędzy konarami zaczęła majaczeć niewielka, acz przytulna budowla, do której można było się łatwo dostać za pomocą drewnianej drabiny. Nim słońce zaszło za horyzontem Tristan siedział już w niewielkiej chatce pełnej regałów uginających się od ksiąg i różnych niecodziennych przedmiotów, z pięknym, zdobionym biurkiem, krzesłem oraz ustawionym w rogu wygodnym łóżkiem. Tam, gdzie ściana nie była zajęta przez grube tomy wisiały szkice, które uznał za przydatne do zbliżającego się projektu. Aby dokończyć w pełni swoje dzieło ostatni raz machnął ręką. Na biurku pojawiły się przepiękne świeczniki z żarzącymi się smukłymi świecami. Połyskiwały wytopione w metalu wszelkiego rodzaju ptaki, rośliny czy groźnie otwierające paszczę smoki. Nad wnętrzem chatki zapanowało ciepłe światło zachęcające do zanurzenia się w papierach.

          Tristan rozsiadł się wygodnie na krześle. Rzucił okiem na szkice. Sam zaczął coś rysować na papierze, łącząc zawieszone na ścianie koncepcje. Rysunek, mimo tego, że nie mógł się równać z ilustracjami z książek, wyglądał ładnie. Młodzieniec narysował ten sam obiekt z kilku innych stron. Przyjrzał się swoim nieidealnym szkicom wypominając sobie, że będzie musiał to dla siebie przetrenować. Jego myśli pomknęły. Przed nim zmaterializował się dokładnie zdobiony hełm. Wziął go do ręki i zaczął obracać z każdej strony uważnie przyglądając się każdemu detalowi. Krytycznie oceniał każdy wzór, wiele z nich usuwał dotknięciem palca, kilka z nich modyfikował w podobny sposób. Pracę przerwało mu nieśmiałe pukanie do drzwi. Obrócił się zaskoczony.

          – Proszę!

          Drzwi zaskrzypiały nieśmiało. Ujrzał nieco przestraszonego Tymka.

          – Mogę?

          – Tak, jak najbardziej, chociaż twój ojciec pewnie ma inne zdanie na ten temat.

          Chłopiec zarumienił się i zamknął ostrożnie za sobą drzwi.

          – Nie powiesz mu, że tu jestem?

          – Jeżeli sam tego nie zauważy, to nie widzę potrzeby, aby go o tym informować. Ale jeżeli się dowie, to wątpię aby był zadowolony. I pewnie musiałbym sobie znaleźć inny dom.

          – Przepraszam za tamtą książkę…

          – Nic nie szkodzi. Najważniejsze, że nic ci się nie stało.

          – Nie jesteś na mnie zły?

          – Jest powód, abym był. Ale dla ciebie największą karą było spotkanie strażnika. Przede wszystkim cieszę się, że nic ci się nie stało. Co do gniewu: każdy popełnia błędy, w szczególności w tym wieku. Pewnie przybyłeś tu do mnie po coś?

          – Tak…

          Tristan wstał od biurka i podszedł do regału.

          – Pewnie będziesz chciał tamtą książkę z wzornictwem, tam było dużo obrazków. Mam jeszcze taką o zwierzątkach, pewnie też cię zainteresuje…

          – Jakie to piękne. Czy mogę tego dotknąć?

          Tristan obejrzał się a chłopiec pokazał na znajdujący się na biurku hełm. Młodzieniec uśmiechnął się.

          – Jak najbardziej. Wciąż jeszcze nad nim pracuję.

          Chłopiec wziął go do ręki i zaczął obracać i oglądać ze wszystkich stron.

          – Jest bardzo piękny. Jak z tych obrazków…

          Chłopiec nawet nie zauważył przytwierdzonych do ściany ilustracji. Tristan jedynie uśmiechnął się na to jeszcze szerzej i usiadł do biurka, zastanawiając się, co teraz może robić, bo znowu żal mu było zabierać chłopcu obiekt jego zainteresowań. Po chwili sięgnął po “Tajemnice Ognia”. Otworzył opasły tom, z jednej strony czując wyrzuty sumienia a z drugiej potrzebę relaksu. Tristan oparł głowę o rękę w zamyśleniu.

          – O czym jest ta książka?

          Chłopiec odłożył hełm na biurko i spróbował zajrzeć Tristanowi przez ramię.

          – Jest ona o ogniu. Różnych jego właściwościach. Badam, jak reaguje on na magię i różne substancje. Nic ciekawego.

          Chłopiec nieudolnie wciąż próbował spojrzeć, co jest w książce.

          – Odsuń się trochę.

          Po machnięciu ręki pojawiło się krzesło, na które mógł się wdrapać i przyjrzeć się dokładnie stronom usianym drobnymi literami.

          – Czy są tu jakieś obrazki?

          – Niewiele.

          Przekartkował strony. Mignęły płomienie różnych kolorów. Chłopiec poprosił o zatrzymanie się na jednej z ilustracji.

          – Kto to? – wskazał na istotę wyłaniającą się i zdającą się ulepioną z płomieni. Ten rysunek, jako że nie był czysto techniczny, został całkowicie narysowany od ręki bez używania żadnych magicznych sztuczek.

          – To? To jest mój przyjaciel. Czasem mi pomaga, gdy mam kłopoty.

          – Wygląda strasznie.

          – Na tym świecie jest wiele strasznych rzeczy.

          Przekręcił strony wracając do ostatniej ściany tekstu. Chłopiec oparł mu się sennie o ramię. Tristan cofnął się mimowolnie.

          – Co będziesz teraz robić?

          – Jeszcze do końca nie wiem. Może będę eksperymentować z ogniem. Albo i nie. Może znajdę ci jakąś książkę albo odprowadzę cię do domu?

          – Nie. Ja chcę pomóc przy eksperymentowaniu. Ty robisz coś ciekawego. Nie to co oni.

          Tristan nieco zmieszany odwrócił wzrok.

          – Bez przesady. Wiele osób robi znacznie ciekawsze rzeczy ode mnie. A te eksperymenty… No cóż… Rzadko wychodzi z tego coś ciekawego. Czasem zauważę jakiś schemat i jestem w stanie stworzyć kilka nowych rzeczy w przeciągu tygodnia, a czasem tkwię przez lata w jednym miejscu. Teraz niestety jest ten mniej ciekawy okres.

          Na biurku pojawiło się niewielkie metalowe naczynie. Tristan wyciągnął niewielki przedmiot z fałd materiału.

          – Skoro to jest nudne, to dlaczego to robisz?

          – Wiesz, na świecie jest dużo zła. Potężnych istot, silniejszych ode mnie. Dawno temu krążyły legendy, że istnieje na to jakiś sposób. Coś, co oczyści świat z mroku. Ogień, który jest zdolny spalić każde zło.

          Położył niewielki rubin do naczynia.

          – Bardzo ładny kamyczek. Piękniejszy od korali mamusi.

          – Oj, tak. Jest też on znacznie od nich cenniejszy. Kamień szlachetny, słyszałeś coś o nim? Dokładniej rubin.

          – Tak. Podobno są baardzo drogie.

          – Tak. Ale ten tu nie jest prawdziwy. Stworzyłem go magicznie. Z prawdziwymi kamieniami nie mogę robić tego eksperymentu.

          – Czyli jesteś bardzo bogaty?

          – Hm… Tak, można tak powiedzieć. Ale wiele istot, które znam mają dostęp do prawdziwych klejnotów, które czasem jest mi ciężko dostać. Niestety, ale przez to, że potrafię takie rzeczy wyczarować, to za bardzo za mną nie przepadają – zaśmiał się cicho. – Mówią, że swoim badziewiem rynek zatruwam i jestem nieuczciwą konkurencją.

          Chłopiec pokiwał głową w skupieniu udając, że rozumie. Nagle mały rubin zajął się ogniem.

          – Łał. Jak to zrobiłeś?

          – Eh. Zwykła magia. Skomplikowane do wytłumaczenia w ciągu jednej nocy.

          – Czy nauczysz mnie tego? Możemy się spotykać każdego wieczoru. Będziesz miał dużo czasu, aby mnie tego nauczyć! Tata oczywiście o niczym nie będzie wiedział.

          Tristan uśmiechnął się, ale w jego oczach były przygaszone przez smutek.

          – Kiedyś będę musiał stąd odejść. Może to być nawet w ciągu kilku dni. Nie zdążę ciebie tego nauczyć. Jesteś jeszcze zbyt młody, może być to dla ciebie za ciężkie na ten moment. Jedyne, co będę mógł zrobić, to pokazać ci, jak się czyta. To jest jedyna rzecz, którą mogę spróbować ci na ten moment zapewnić.

          Chłopiec posmutniał. Tristan pogładził go po głowie.

          – Nie martw się. Są osoby, które znają magię. Jeżeli taką osobę spotkasz i odpowiednio ubłagasz, to pewnie cię nauczy. A uwierz mi: czytanie jest ważniejsze od magii i otwiera znacznie więcej ścieżek.

          Płomień na rubinie zgasł.

          – Krótko się paliło.

          – Tak – Tristan zanotował coś w księdze pod pięknym, ozdobnym napisem “Rubin”. Po chwili sięgnął po stojącą niedaleko fiolkę opisaną drobnym pismem. Część zawartości wylał do naczynia. Po chwili wyciągnął rubin otoczony warstwą sztywnego, przezroczystego i gumowatego materiału. Pozostałą zawartość miski przelał do jeszcze innej fiolki oznaczonej w jeszcze inny sposób. Odłożył rubin do naczynia. Ten ponownie zapłonął. Przyglądali się płomieniowi o pastelowo różowym zabarwieniu.

          – Wiesz co. Jest jeszcze jeden powód, dla którego robię te eksperymenty. Nawet jeśli wyjdzie mi zwykły ogień, to nic się nie stało. Zawsze widzę w płomieniach jakieś dziwne, pociągające piękno.

          Milczeli przez dłuższą chwilę, przyglądając się leniwie kołyszącemu się językowi ognia.

          – Chyba trzeba już to ugasić – stwierdził po chwili. Chłopiec, zapatrzony w nietypowy ogień, nie odpowiedział.

          Tristan uczynił kilka notatek, po czym polał to wodą. Trochę zaskwierczało, ale płomień szybko się wyprostował. Chłopiec przyglądał się zdziwiony a Tristan z obojętnością wylał część zawartości ogromnej butli stojącej niedaleko. Też nic się nie stało. Płomień wciąż kołysał spokojnie. Pojawiła się nad nim niewielka kula wody i spadła na niego z pluskiem. Ogień przetrwał i to. Tristan zanotował to w księdze, po czym wyciągnął schowaną głębiej butlę o granatowym zabarwieniu. Ostrożnie wylał nieco jej zawartości na płomień, który zasyczał i zniknął, pozostawiając za sobą jedynie dym i wspomnienia. Tristan zanotował również i to. Chłopiec był pod wrażeniem. Zaczął spoglądać to na księgę, to na rubin, to na skupionego Tristana.

          – To było niezwykłe! Dlaczego to nie zgasło?

          Tristan odłożył piękne, zdobione pióro.

          – Nie wiem, dlaczego. Wiem tylko, że tak jest – rzekł z wyczuwalnym smutkiem.

          – Ale wciąż, to takie niezwykłe! Że sama woda nie wystarczyła!

          Tristan uśmiechnął się.

          – Typowe dla tych kamieni, oczywiście wcześniej trzeba użyć tego – potrząchnął fiolką. Spojrzał na nią uważniej – Widzę, że będę musiał uzupełnić zapasy. Ale dobra. To był jeden eksperyment, muszę wracać do pracy.

          Położył przed sobą hełm i zaczął się mu uważnie przyglądać.

          – Czy możesz to zrobić jeszcze raz? Ładnie się paliło.

          Zrobił miejsce na stole i ponowił eksperyment. Płomyczek ponownie zatańczył przed twarzą chłopca.

          – Czy mogę spróbować to zgasić?

          – Wolałbym nie. I tak ja sam duży bałagan zrobiłem tą wodą. Innym razem ci pozwolę, jeżeli będziesz chciał.

          Tristan powrócił do modyfikowania hełmu. Zaczął patrzeć na różne rodzaje zasłony i zastanawiać się, która będzie najlepiej spełniała swoją funkcję do walki na smoku.

          – Czy potrafisz zrobić taką świeczkę? Co by się tak paliła?

          Spojrzał na chłopca.

          – Nigdy nie próbowałem. Ale mogę zrobić coś ciekawszego niż świeczka.

          Odłożył hełm. Na biurku pojawiło się coś, co trochę przypominało klatkę z szeroko rozstawionymi pionowymi kratami. Kilkoma płynnymi ruchami dodał hipnotyzujące roślinne wzory, głównie winogrona i za pomocą szczypiec umieścił rubin na niewielkim mocowaniu w środku.

          – Proszę. I mamy latarnię.

          Pokazał dzieło chłopcu. Nie powiedział nic, ale widok iskrzących się oczu wystarczył Tristanowi.

          – Gdzie sugerujesz to zawiesić?

          – Może tutaj – wskazał na środek sufitu.

          Tristan bez słowa wziął krzesło, chociaż mógł przymocować to za pomocą magii. Z przyjemnością rozprostował się po kilku godzinach siedzenia. Zaczął mocować latarnię z tlącym się, pastelowym płomyczkiem.

          Wtem poczuł, że wyślizgnęła mu się ona z rąk. Upadła z łoskotem na podłogę a płomień nieznacznie się zwiększył. Ogień, nieco bardziej różowy niż wcześniej szybko zaczął rozprzestrzeniać się po podłodze. Chłopiec cofnął się. Tristan, pełen spokoju rozluźnił się całkowicie. Wyciągnął rękę. Poczuł całą przestrzeń wokół siebie. Poczuł siłę chłopca oraz potęgę ognia. Wywołał u siebie poczucie pustki. Głód. Objął ogień swym umysłem. Pożarł go w całości niczym głodny ptak. Chwycił latarnię. Podłoga przestała się palić. Spojrzał w zamyśleniu na sufit. Potem znowu na latarnię. Przyjrzał się odcieniowi różu. Czy mu się to przewidziało?

          – Czy ty potrafisz wszystko?

          Tristan nie odpowiedział głęboko pogrążony w myślach. Praktycznie nie słyszał chłopca.

          – Czy wszystko w porządku?

          – Tak.

          Uniósł latarnię do góry. Nic nie zauważył. Wszedł na krzesło. Uniósł ją jeszcze wyżej. Czy ja jestem ślepy, czy to zmieniło trochę swój kolor?

          – Wybacz, muszę na chwilę gdzieś iść. Zaraz wrócę. Dobrze będzie dla ciebie, gdy pójdziesz spać.

          – Dlaczego?…

          Tristan bez słowa zmienił się w kruka. Chwycił szponami latarnię i wyleciał przez niewielkie okno, niekiedy pozostawiając za sobą niewielkie iskry. Omiótł go chłód jesiennej nocy oraz woń zbutwiałych liści. Poleciał w stronę lasu, aby żaden z wieśniaków go nie spostrzegł. Mknął coraz wyżej i wyżej, przypominając mrocznego posłańca. Światła domów szybko zniknęły mu z oczu. Spojrzał na latarnię. Nie. To chyba zmieniło kolor. Trzeba zobaczyć.

          Wiedząc, że nikt nie może go zauważyć zaczął mknąć mając daleko pod sobą srebrzystą rzekę odbijającą światło krągłego księżyca. Zatrzymał się. Przyjrzał się dokładniej płomieniowi, próbując dokładnie zapamiętać jego odcień. Ruszył w górę. Miał nad sobą jedynie rozsiane po nocnym niebie gwiazdy. To była piękna noc.

          Zauważył nisko położoną chmurę. Bez problemu zrównał się z jej poziomem. Spojrzał na płomień. Nie miał już najmniejszej wątpliwości. Wcześniejszy, pastelowo różowy płomień o sporych rozmiarach wyglądał jak niewielka, podstępnie skradziona przez niego gwiazda.

          Tristana przeszył dreszcz. Wiedział, co może się wydarzyć. Puścił latarnię.

          Z początku nic się nie działo. Spadała, powoli obracając się wokół własnej osi. Ogień, już intensywnie różowy zaczął się powiększać. Latarnia zdawała się płonąć. Gdy zetknęła się z ziemią, buchnęły zewsząd niemalże czerwone płomienie. Wszystko wokół kilku metrów stanęło w ogniu.

          Tristan przyglądał się temu w milczeniu. Spojrzał w górę, na rozpościerającą się nad nim nieogarnioną przestrzeń. Wiedział już, że kruki będą miały swoją broń. A niebo zaiskrzy się od tysiąca gwiazd niosących śmierć.

Dodaj komentarz